Loty widokowe

Tadeusz Schiele

Tadeusz Schiele

TadeuszSchiele- był synem Kazimierza, znanego w swoim czasie taternika, alpinisty, narciarza, działacza PZN i współzałożyciela wytwórni nart mieszczącej się w Zakopanem. Urodził się 19 lutego 1920 roku w Zakopanem. W rodzinnej miejscowości chodził do szkoły powszechnej i gimnazjum. Dzięki ojcu już w latach szkolnych zaczął uprawiać taternictwo i jako młody chłopak był czynnym członkiem Klubu Wysokogórskiego. Od dziecka marzył o lataniu, z zamiłowania zajmował się modelarstwem lotniczym, a potem – jako uczeń gimnazjum-uczestniczył w kursach szybowcowych w Bezmiechowej i Tęgoborzy; w końcu cel osiągnął – został pilotem szybowcowym. Po maturze dostał się do Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Sadkowie. Ukończył ja z pierwszą lokatą. Następnie został instruktorem lotniczym w Dęblinie.

W czasie kampanii wrześniowej 1939 roku dostał się do niewoli niemieckiej. Po ucieczce z obozu jenieckiego wrócił do Zakopanego. Stąd w noc sylwestrową 1939/1940 roku, razem z Marianem Zającem, przedostał się przez Węgry, Jugosławię, Włochy i Francję do Anglii. Tam, w Manstone, założył z kolegami i prowadził redakcję pism „Wiadomości ze świata” oraz „Skrzydła”. Po przeszkoleniu w Blackpool i Carliste jako pilot myśliwski otrzymał przydział do 122 Brytyjskiego Dywizjonu Myśliwskiego. Wkrótce został przeniesiony do 308 Dywizjonu Krakowskiego Myśliwskiego. Wykonał 201 lotów bojowych, zestrzelił trzy messerschmitty, zniszczył kilka samolotów wroga na ziemi oraz wyrzutnie rakietowe. Za te bojowe czyny otrzymał wiele odznaczeń polskich i brytyjskich. Kiedy skończyła się wojna, wrócił do Polski (wrzesień 1947r). Przez rok siedział w więzieniu. Zwolniony – wrócił do Zakopanego i tu mieszkał do końca życia. Uprawiał taternictwo i speleologię, jeździł na nartach pisał ksiązki i artykuły o tematyce lotniczej. Przez kilka lat był też pilotem szybowcowym, samolotowym i instruktorem w Aeroklubie Tatrzańskim w Nowym Targu. Jest autorem następujących książek:Spitfire(1957),Blisko Nieba(1966),Wspinaczki po chmurach(1979) iW cieniach chmur(1987).

Zmarł 22 marca 1986 roku. Pochowany został na cmentarzu miejskim przy ul. Nowotarskiej w Zakopanem.

 



"Wspinaczki po chmurach" - fragment: Wspomnę jeszcze o jednym locie z okresu tych kilku dni stycznia. Było to bodajże na drugi dzień po rotorowej akrobacji. Tym razem dolot nad Zakopane z szybowcem na holu odbywał się nadzwyczaj spokojnie. Optycznie moż­na było zlokalizować wyraźne pasmo chmur rotorowych, usytuowanych prostopadle do kierunku wiatru, w moim wypadku południowo-wschodniego, jak podawał poranny komunikat. Zalegały one na południe od znanej "falowcom" drogi z Jaszczurówki na Łysą Polanę, a więc także prawidłowo. Przelecieliśmy spokojnie luką w tym paśmie na nawietrzną stronę, ale nie natrafiliśmy na spodziewane wznoszenie. Nadal cierpliwie przepychaliśmy się, znoszeni trochę na wschód prawie pod wiatr.
Coś mi się tu nie zgadzało... Znając topografię rejonu i w dodatku widząc przed sobą trzy odchodzące na północ­ ny wschód grzbiety Żółtej Turni, Koszystej i Wołoszyna ­ główny rotor powinien "stać" w okolicach Doliny Suchej Wody wzdłuż drogi na Halę Gąsienicową. A dlaczego tu, gdzie jesteśmy, nic nie ma? Zdezorientowany zawróciłem na zachód w stronę Kuźnic. Tam niebo było bezchmurne, a wał halnego częściowo zalegał nad Tatrami Zachodnimi, natomiast urywał się wyraźnie nad Wysokimi. Dziwny trochę układ.
Kuźnice miałem już pod maską silnika, kiedy na 1600 metrach wariometr począł wskazywać opadanie. Jakim cu­dem? Usiłowałem wyobrazić sobie niewidzialny walec kręcącego się do wewnątrz powietrza w stosunku do wiatru i leżących w dole przeszkód terenowych. Czyżbyśmy znajdowali się jeszcze przed rotorem? Chyba tak! Oj - niedobrze! Wariometr wskazywał 5 metrów opadania! Silnik samolotu już w ogóle nie wchodził w rachubę! Co się do diabła dzieje?
Skręciłem więc w lewo na południe pod wiatr i zwiększyłem szybkość do tej, której z szybowcem nie wolno mi było przekroczyć. Dalej jazda w dół! I to jaka! Stojąc prawie w miejscu pod wiatr! Wysokościomierz wskazywał już tylko 1200 metrów. Ha! 10 metrów opadania! Nigdy w tym miejscu czegoś podobnego nie napotkałem. Nie ma co! Musimy się na gwałt ratować! Wysokość 900 metrówl Z prawdziwym niepokojem obserwowałem przeraźliwie bliską Kopę Magóry! Rany Boga, nie będziemy chyba w zespole lądować w Dolinie Jaworzynka! Głupia historia!
Spokojnie - mówiłem w duchu - spokojnie ... Jakieś wyjście musi się znaleźć. Na zachód! Oczywiście! Z doświadczenia wiedziałem, że od grani Kasprowy - Czerwone Wierchy, nie może nie być rotoru i obecnie znajduję się akurat po jego nawietrznej stronie. Nie omyliłem się!
Pierwsze turbulencyjne oznaki i zmniejszenie opadania przyjąłem z radosną nadzieją przedsmaku zwycięstwa nad halnym. Tylko nie mówmy hop! Dopiero kiedy targnęło nami w górę i wokół nastał całkowity spokój, kiedy na wariometrze wskazówka minęła cyfrę 5 i zmienił kierunek obrotu wysokościomierz - z przytkanymi zmianą ciśnienia uszami triumfowałem w duchu! Mam cię, bracie, w garści!
Nie nosił ów triumf żadnych znamion chełpliwości ani zarozumiałości. Com się strachu najadł, to moje. Dostałem jeszcze jedną nauczkę i poniewczasie zrozumiałem błąd. Będę miał czas przeanalizować go na spokojnie po powrocie na lotnisko. Wiatr musiał się zmienić od rana, na południowy, a nawet południowo-zachodni! Tak od razu nie da się tego zauważyć. Znosiło mnie przecież na wschód, ale jakoś nie przywiązywałem do tego wagi. Tak na to zresztą wskazywał obecny układ no i mój rotor wybawiciel! Niepotrzebnie, całkiem niepotrzebnie pchałem się na wschód i na domiar złego nie tam, gdzie właściwie powinienem był próbować szukać wznoszeń.
Z lotu tego odniosłem podwójną satysfakcję. Pilot szybowca zdobył diament! Po locie rozmawiałem z nim. Cieszył się szczerze i sprawił mi cichą przyjemność mówiąc, że nie przejmował się zbytnio wspólną utratą wysokości wierząc, że jakoś dam sobie radę. Ja niby też więrzyłem. Każdy holujący pilot wie, że trzeba uważać. Na halny nie ma mocnych! I ostatnia ciekawostka. Po wyczepieniu szybowiec przezornie pozostał w rejonie pomiędzy Kuźnicami a Giewontem, czyli na bardzo wąskim wycinku przestrzeni, osiągając bez przeszkód w stałym wznoszeniu wysokość ponad 7 tysięcy metrów.
Na obozie falowym przebywali w Nowym Targu piloci z Aeroklubu Grudziądzkiego. Rozmawialiśmy o ich ładnym lotnisku, o nie mniej ładnej nazwie Lisie Kąty. Słyszałem o nich wiele, ba, któż z szybowników nie słyszał. Wysłałem zgłoszenie na szybowcowy turnus i natychmiast, jak zwykle, z jednej strony bardzo się cieszyłem na wyjazd, a z drugiej wzrastała trema przed wymarzonymi przelotami.
Widząc pierwsze oznaki nadciągającego wiatru halnego staram się, jeśli tylko to jest możliwe, zaraz przyjechać na lotnisko, gdyż mogę się przydać w niełatwej pracy holowania nad Tatry. Można też samemu polecieć na szybowcu, jeśli akurat będzie wolny. Pierwszeństwo mają oczywiście piloci nie mający jeszcze diamentu Wysokościowego. Natomiast w okresach sprzyjających dla termicznych lotów szybowcowych jestem częstym gościem na lotnisku. Silnie trenuję. Przy każdej sposobności uczę się przeskoków i centrowania kominów. Uczę się też latać w trudnych warunkach. Skłamałbym mówiąc, że bywam z siebie zadowolony.
Może na "prawdziwych" przelotach będzie lepiej. Daj Boże ...


"Spitfire" - fragment:W tym właśnie momencie pomyślałem o opisaniu tego lotu. Był to mój setny lot bojowy. Z miejsca jednak zreflektowałem się. Czy w ogóle widoki te można opisać tak, by czytelnik odczuł choć w części to, co autor. Opis widoków lub wrażeń, poza koniecznością wzmianki o nich, nie ma najmniejszego sensu. Są bowiem widoki tak groźne, że próba opisania ich wypadnie nieszczerze i patetycznie. Są też tak czarująco piękne, że opis wypadnie blado, pseudo-romantycznie i wprost nieciekawie.

"Blisko nieba" - fragment:W odległości zaledwie dwóch mil stała na skrzyżowaniu bardzo stara, nie tyle knajpa, co zajazd dla podróżnych, typowy angielski Inn....

.. Nasi mechanicy pierwsi ją odkryli i bardzo chwalili sobie wyborne piwo z kamiennych kufli......

Postanowiliśmy gremialnie pojechać tam wieczorem. Chętnych było tylu, że do naszego czteroosobowego jeepa władowało się chyba z osiem osób. Wśród ogólnej wesołości, pokrzykiwań i rozpychania przybyło jeszcze kilku pilotów. Zwabieni wrzawą, powyłazili z namiotów pozostali. Teraz już nie chodziło o piwo, tylko o to, kto jeszcze potrafi się wepchnąć do biednego samochodu. W akompaniamencie jęków i śmiechu szturmowano ze wszystkich stron, dokonując cudów pomysłowości...

 


 

Supermarine Spitfire VB ZF-H "Haberbusch" z harakterystyczną namalowaną na masce "Wielką Niedźwiedzicą" . Na tym samolocie 24 października 1941r sierżant Tadeusz Schiele zestrzelił Me 109 i najprawdopodobniej uszkodził drugiego.


Filmy przedstawiające 308 Dywizjon Myśliwski -"Krakowski" - na niektórych zdjęciach jest Tadeusz Schiele 

 

    

 

Jesień 1941r, Spitfire V ppor. Tadeusza Schielego (z lewej strony) z godłem kpt. Józef Mierzejewski (z lewej) oraz por. Tadeusz Schiele. Porucznicy Wacław Stański i Tadeusz Schiele (z prawej) przy beczkach piwa Piloci 308 dywizjonu przy Spitfirze IX, w środku na skrzydle T.Schiele, 1944 r. Tadeusz Schiele - Blisko nieba Wspinaczki po chmurach
Tadeusz Schiele na lotnisku w Nowym Targu Tadeusz Schiele - Spitfire Model samolotu Spitfire, na którym latał T.Schiele - Modelarstwo PawłaP Model samolotu Spitfire, na którym latał T.Schiele - Modelarstwo PawłaP Model samolotu Spitfire, na którym latał T.Schiele - Modelarstwo PawłaP